AN: Uwaga, fiction-non-fiction! Wszelkie kluczowe nazwiska zostały zmienione z przyczyn oczywistych; wspomniane miejsca, wydarzenia a także postacie są przekoloryzowane do granic absurdu.

***

 

– Chipsy i lemoniada? Idzi! – jęknął Marchewa, zaglądając do siatki z zakupami. – Mieliśmy go nakarmić, nie wypchać.

– Co miałem zrobić? – oburzył się chłopak, – to albo pół litra.

– Nie o to chodzi.

– To o co?

– Myślisz, że koleś się naje chipsami?

– Myślisz, że powinienem dokupić ciastka? – spytał zaniepokojony Idzi.

– Nie, Idzi! Jakieś solidne żarcie.

Idzi zastanowił się przez chwilę.

– Rano zostawiłem mu pizzę – oznajmił

– Dwa kawałki! I to z ananasem, kto głupi je pizzę z ananasem?

– Ja.

– No mówię właśnie, że głupi.

Szli w dół Staszica na Szewską. Andrzejewskiego zamknęli w mieszkaniu, przywiązali do krzesła i zostawili. Właściwie cały czas mieli nadzieję, że jak wrócą poety nie będzie, a całe zajście okaże się tylko wybujałym snem. Tylko że śnili obaj tę samą historię. Nie byli jeszcze gotowi, żeby zmierzyć się z rzeczywistością, dlatego długo zwlekali zanim zdecydowali się wrócić do kamienicy.

Przerażało ich, że nie mieli planu działania. Postąpili nierozważnie i teraz będą płacić konsekwencje. Trudno. Przygotowywali już sobie listę osób, których powinni unikać. Zadziwiające, że na pierwszym miejscu była…

– Idzi! – usłyszeli wołanie September. – Idzi!

Biegła od strony Lubartowskiej. Spojrzeli po sobie: nie miała dzisiaj wolnego? W kilkunastu krokach, przecięła Świętoduską i zatrzymała przy nich, dysząc i próbując uspokoić oddech. Zaoferowali jej lemoniadę.

– Musimy pogadać – oznajmiła. Wyczuli w jej głosie napięcie i zrozumieli, że chodzi o coś ważnego; coś, co raczej nie miało związku ze wczorajszym zakładem.

Podeszli pod kamienicę, weszli na podrywko i dalej na klatkę. Było to bezpieczne rozwiązanie. Z dala od ulicy, na podwórko też niewielu ludzi się zapuszczało. Oprócz jednego zakładu, znajdującego się na parterze, w budynku nie przejawiano większych aktywności. Kamienica zdała się opuszczona. Przynajmniej Idzi i Marchewa, przez kilka tygodni, które spędzili na sprzątaniu, nie zauważyli żywej duszy. Na dobrą sprawę budynek nadawał się do rozbiórki, a jednak nikt się nim nie interesował. Pomyśleli nawet, że Kord z dobroci serca, wkrótce wykupi pozostałe mieszkania, wynajmie firmę, która odremontuje cały budynek i zrobi tam hotel albo apartamenty. Już kilka takich przypadków w Lublinie było, jeden na Niecałej, inny obok Antykwariatu na Złotej. Kord nie pochwalał takich rozwiązań, ale widać było, że ta na Szewskiej bardzo mu się podoba.

– Lubomirski z wami rozmawiał? – spytała gdy skryli się już w cieniu klatki schodowej.

Pytanie ich zaskoczyło. Spodziewali się raczej czegoś odnośnie festiwalu, może informacji, że Murzyn zasłabł, a Szymek komiksiarz reanimował go na oczach tłumów; albo że aktor wrócił i recytował całego Szekspira. Po bladości twarzy September domyślili się, że ta druga opcja nie wchodziła w grę. Pierwsza raczej też nie.

– Nie widzieliśmy go – przyznał Marchewa.

Odetchnęła z ulgą, ale zaraz wyraz jej twarzy z niepokoju zmienił się w coś, co rzadko u niej widywali. Była to twarz człowieka, którego ewidentnie gryzło sumienia. Nie przywykli widzieć jej w takim stanie.

– Proszę, powiedzcie, że nie byliście w Grodzkiej – brzmiała płaczliwie, z takim błagalnym tonem jakby chciała zakląć rzeczywistość.

Oczywiście, że byli, sama im kazała. Spuścili głowy.

– Kurcze, chłopaki, wiecie jaki bajzel mamy. Andrzejewski znowu zniknął, a dyro Grodzkiej zadzwonił po Korda, a Kord po Lubomirskiego. Misza coś podejrzewa, nie wiem, chyba wie, że tam byliście wczoraj. Znacie go, będzie węszył, aż w końcu…

Musiało być w ich spojrzeniu coś co sprawiło, że urwała i przypatrywała się im dłuższą chwilę.

– Nie mówcie mi, że wiecie też o Andrzejewskim. Kurcze, Misza was zamorduje! I mnie przy okazji.

– September, to nie tak, posłuchaj – próbował uspokoić ją Marchewa. – To wyszło przypadkowo, nagle.

–  „To”? – powtórzyła. – Czyli co?

– Nakrył nas kiedy siedzieliśmy przy sali czarnej. Nie mieliśmy wyjścia…

– Weszliście do środka? – przerwała mu. – Matko! Mówiłam, żebyście nawet klamki nie dotykali.

– Otwarte było – bronił się Idzi.

– Porwaliście poetę – syknęła.

– Coś w tym stylu.

– I gdzie on teraz jest? Dzisiaj o szesnastej odbiera nagrodę. Rozumiecie, że w Grodzkiej jest teraz chaos? Wszyscy go szukają. Misza go szuka, wcześniej czy później do was trafi. Gdzie on jest.

– Tutaj.

– Tutaj, czyli gdzie?

Wskazali na górę.

*

Praktyczną stroną posiadania antykwariatu było to, że niewielu ludzi do niego zaglądało, co ogromnie cieszyło właściciela, który w tym czasie mógł poświęcić się bardziej lub mniej interesującym rzeczom. Dzisiejszego ranka oprócz nakarmienia Byrona nie zrobił jeszcze niczego, co można było uznać za pracę antykwariusza.

Kord uważał się za mistrza wywiadu i za takiego uważali go ludzie, którzy z nim pracowali. Wypracował system, sieć powiązań. Najważniejsi w systemie była wiedza i ludzie; a przede wszystkim ludzie, którzy mieli wiedzę. Ale nie tę powszechnie znaną internautom czy podawaną w dziennikach. Zależało mu na tej surowej, jeszcze nieobrobionej, nie spreparowanej informacji. Taką, która pochodziła wprost ze źródła.

Antykwariusz był przekonany, że Lubomirski ma swoje, pilnie strzeżone, źródła. Nie był w końcu żółtodziobem w kręgach prasy. Ale tym razem potrzebował informacji, której żadne z jego źródeł nie mogło posiadać. Tym razem potrzebował specjalisty.

Próbował znaleźć złodziejkę, a jej można było szukać jak igły w stogu siana. Dziewczyna wiedziała co znaczy zacierać ślady, jak mylić tropy. Jeśli nie chciała być znalezioną to choćby nie wiadomo jak szukali, nikt nie był w stanie jej dorwać. Ale Kord się nie poddawał. Lubomirski chciał mieć te informacje, to będzie je miał.

Spodziewał się, że Misza będzie biegał po mieście szukając zaginionego poety. Kord zrzucił na niego to zadanie bo sam nie lubił wykonywać podrzędnych prac detektywistycznych. A Misza był dziennikarzem śledczym, już sama praca zobowiązywała. Ten tymczasem wrócił godzinę później, w szelmowskim nastroju, nucąc Moondance.

– Stało się coś? – spytał Kord

– Wszystko gites – odparł tamten. – Spodziewaj się gości.

– Nie zamierzałem – zawołał za nim.

Nie musiał czekać długo, jeszcze przed południem drzwi antykwariatu otworzyły się gwałtownie i w pomieszczeniu wybrzmiał znajomy niski głos komisarza Dowbora.

Kord uniósł wzrok znad gazety, kiwnął głową.

Dowbor w swojej blisko dwumetrowej postaci wyglądał niczym barbarzyńca. Wzrostem dorównywał mu chyba tylko Marchewa, który w swojej mizernej osobie wydawać się mógł tylko nikłym cieniem komisarza.

– Jest ta szelma? – rzucił pytanie, chociaż Kord spodziewał się, że zna odpowiedź. Księgarz kiwnął w kierunku piętra i komisarz w kilku krokach wdrapał się po schodach.

Kord dłuższą chwilę nasłuchiwał odgłosów dobiegających z góry. Najpierw dźwięcznym basem Dowbora wybrzmiała wiązanka przekleństw, potem kilka stłumionych odpowiedzi. Ci dwaj mieli jakiś dziwny układ, którego antykwariusz w żadnym razie nie mógł pojąć. Kord nie nazwałby tego przyjaźnią, bardziej szacunkiem

Ostra wymiana zdań trwała jeszcze przez chwilę, Kord usłyszał kilka gróźb wymierzonych w stronę młodego żurnalisty, po czym na schodach usłyszał ciężkie kroki Dowbora.

– Żegnam – rzucił Dowbor i nie czekając na odpowiedź wyszedł.

Drzwi trzasnęły za nim i Kord skrzywił się, kiedy za regału wyskoczył Byron, wystraszony odgłosami.

Przez okno zobaczył komisarza maszerującego Złotą. Odczekał jeszcze chwilkę, następnie wstał, zaryglował drzwi i ruszył na górę.

Nie było go w bibliotece, chociaż laptop na stoliku i koc na sofie świadczyły o jego niedawnej bytności. Znalazł go w kuchni. Gwałtownie otwierał poszczególne szafki. Nerwowym ruchem wyjął z szafki kubek i dalej wrócił do przetrząsania szuflad.

– Gdzie do cholery trzymasz kawę? –  warknął.

Ostatnia półka, przy oknie. Wyciągnął słoiczek. Kord widział jak trzęsą mu się dłonie kiedy odkręcił wieko i wsypał dwie łyżeczki. Woda w czajniku zaczynała się gotować.

– Cukier ci spadł? – spytał antykwariusz.

Lubomirski uśmiechnął się. Był to gorzki uśmiech, chociaż wychwycił żart.

Kord wyjął kubek dla siebie, zasypał aromatyczną herbatą. Wrócili do biblioteki.

– Czego chciał? – zagadnął Kord po dłuższej chwili.

– Pogadać. Podobno masz tu gdzieś magazyn?

*

Wyraz twarzy September przypominał naburmuszonego trzylatka, któremu zabroniono bawić się ulubioną zabawką. Ściągnięte brwi, wydęta dolna warga i spojrzenie mające zmiażdżyć przeciwnika, w tym momencie skierowane na dwóch kolegów, stojących po obu stronach Andrzejewskiego.

Poeta wciąż siedział przywiązany do krzesła, zakneblowany, z zasłoniętymi oczami. Mamrotał coś, ale chusta w ustach tłumiła słowa.

Dziewczyna nie wiedziała czy powinna współczuć Benedyktowi czy wściekać na tych dwóch. Zacisnęła pięści. Gdyby wiedziała wcześniej, skopałaby im tyłki. Jak oni śmiali! Żeby tak traktować poetę?

– Na co czekacie? Rozwiążcie go – rozkazała.

– Ale September, nie możemy – próbował głosu rozsądku Marchewa. – A jeśli ucieknie? Doniesie na nas policji i skończymy w więzieniu.

Mamrotanie stało się głośniejsze i bardziej wyraźne, Na znak dziewczyny Idzi zdjął Andrzejewskiemu knebel z ust.

– Nikogo nie wydam, przysięgam – brzmiał nieco żałośnie, a desperacja w jego głosie podjudziła wściekłość September. – Nikogo nie wydam, nie ucieknę, jak Boga kocham, nie cieknę, tylko mnie rozwiążcie, musze do toalety.

Trzymali go tu związanego od trzeciej nad ranem, teraz dochodziła pierwsza popołudniu. Byli tak zaaferowani całą sytuacją, że nie przyszło im nawet do głowy, że człowiek ma swoje potrzeby.

– Pajace, rozwiążcie go!

Posłusznie wykonali rozkaz. Andrzejewski pognał do prowizorycznej łazienki, a chłopcy podążyli za nim. Marchewa, wyższy od kolegi, stanął przy drzwiach. Podejrzewał, że widząc go Benedykt nie będzie nawet próbował uciekać. Nie wziął pod uwagę swojego wyglądu, nie przypominał bowiem chudą tyczkę, która mogła złamać się pod mocniejszym powiewem wiatru. Nie zważał na to. Dopóki poeta był w mieszkaniu, mieli jeszcze szansę odkręcić całą sytuację.

Wrócili do pokoju. September zdążył otworzyć okno i zapalić świeczkę. W pomieszczeniu rozniósł się zapach wanilii. Usiadła na parapecie.

Andrzejewski przegryzł kawałek czerwstwej pizzy, popił lemoniadą i zabrał się za chipsy.

– Głodny – oznajmił między gryzami.

– Benek, ogromnie mi przykro – powiedziała, jednak w jej głosie nie było cienia wyrzutów sumienia – nie sądziłam, że tych dwóch…

– To był twój pomysł – warknął Idzi.

– Mój był pomysł – przyznała. – Nie wierzyłam jednak, że za nim pójdziecie. Jest różnica między włamaniem, a porwaniem kogokolwiek. Tym bardziej…

– September – przerwał jej Andrzejewski. – Naprawdę, nie ma się czym denerwować.

– Nie ma się czym denerwować? – powtórzyła z niedowierzaniem. – Czy wyście wszyscy powariowali?! Wisz co się dzieje w Bramie? Wszyscy cię szukają, łącznie z dyrektorem.

– I co?

– Naprawdę nie łapiesz? Czy jesteś aż tak głupi jak ci dwaj? – wskazała kolegów

– Ej! – zaprotestowali jednogłośnie

– Zobacz, sytuacja nie jest tak tragiczna – zauważył Andrzejewski. – Co z tego, że nie będę na jakiejś gali? Nie znoszę publicznych występów. Na dobrą sprawę „ci dwaj”, jak o nich mówisz, oddali mi ogromną przysługę. Teraz nie będę się musiał tłumaczyć dlaczego nie pojawiłem się na spotkaniu, ani w radiu. Nie znoszę wywiadów.

September nie miała pojęcia jak ma mu wytłumaczyć, że w gali nie chodzi o to co się lubi a czego nie. Kiedy otrzymujesz nagrodę przyjmujesz ją albo odrzucasz. Ale na to był czas wcześniej, przed festiwalem, teraz było już za późno

– Musieli cię naprawdę mocno zdzielić po głowie.

– Daj im spokój – stanął w obronie chłopaków. – Są trochę szurnięci, ale zobacz przynieśli lemoniadę… i chipsy, chcesz? – podsunął paczkę w jej stronę.

Głośnie pukanie wstrzymało jej odpowiedź. Właściwie nie było to pukanie, raczej walenie we framugę drzwi. Chłopaki wstrzymali oddech. Kord, pomyśleli, Kord jak nic.

– Spodziewacie się kogoś? – spytała.

Potrząsnęli głowami. Może to pomyłka. Przeczekają, może sobie pójdzie. O nie, pewnie zobaczył otwarte okno, pewnie coś podejrzewa.

Pukanie ustało, ale natychmiast rozbrzmiał telefon September. Podskoczyła. Wyciągnęła komórkę: „Misza”, u-oh.

– Idź mu otwórz, – zjeżyła się. – Przecież i tak sam wejdzie, postaraj się go zagadać i nie wpuszczaj tutaj.

– Kto przyszedł? – spytał Andrzejewski.

Wzdrygnęła się i odparła śmiertelnie poważnie:

– Wściekły archanioł.

 

Idzi podreptał do wejścia. Odsunął ciężką zasuwę.

– M-Misza! Jak dobrze cię widzieć – zawołał z wymuszoną radością, nagle zmarszczył brwi przyglądając się starszemu koledze. – Jakoś dziwnie wyglądasz, coś się stało?

Faktycznie włosy miał w nieładzie, na sobie miał wymiętą koszulę i dżinsy. Misza, którego Idzi znał, nie pozwoliłby sobie na takie niechlujstwo. Ale szczególnie brakowało charakterystycznego uśmiechu. Ponury Misza to niebezpieczny Misza.

– Wpuścisz mnie, czy będziemy tak stali?

– Nie dzisiaj, może jutro  – odparł, próbując zatrzasnąć drzwi przed Lubomirskim.

– Idzi! – zatrzymał skrzydło drzwi, pchnął i wszedł do mieszkania. – Co ukrywasz?

– JA? Ukrywać? Skąd! Absolutnie! Sprzątamy. Tak, sprzątamy jeszcze, lepiej nie wchodzić, kurz, rozumiesz. Tak, kurz. Niedobry dla zdrowia. Kurz jest niedobry – umilkł pod krytycznym spojrzeniem Lubomirskiego. – Ale nie złożysz mnie w ofierze, któremuś z pogańskich bóstw, prawda, Misza?

– Skądże znowu. Kord mnie przysłał. Chce wiedzieć jak się sprawy mają z mieszkaniem… che, z magazynem.

– Jeszcze nie skończyliśmy!

Lubomirski rozejrzał się wkoło. Pokój naprzeciw drzwi jeszcze przed tygodniem zawalony najróżniejszymi gratami tak że przejść się nie dało, teraz wyglądał całkiem przystępnie. Meble starannie ułożone pod ścianami, mniej potrzebne rzeczy zamknięte w szafkach.

– Jak dla mnie, odwaliliście kawał dobrej roboty. Kord będzie zadowolony, może w nagrodę pozwoli wam wejść do Antykwariatu.

– T-to miłe z jego strony.

– Prawda? – ruszył dalej korytarzem w kierunku pokoju, w którym przybywała pozostała trójka. – Pomyślałem, że skorzystam z okazji i zobaczę jak sobie radzicie.

– J-jak sobie radzimy? No pięknie sobie radzimy, popatrz tylko, pięknie prawda?

– Wanilia? – spytał czując w powietrzu słodką woń. Uśmiechnął się przebiegle, podniósł głos. – Moje słońce też z wami jest?

Nie czekając na odpowiedź przemierzył szybko ostatnie kilka kroków korytarzem i wszedł do pokoju. September wyglądała jakby chciała wcisnąć się w róg okna. Przywarła mocno do ściany i z całych sił starała stopić się z nią w jedno. Był też Marchewa, schował się za szafę, zdradziło go kichnięcie.

– Marchewka – wywołał go Lubomirski. Spojrzał na ostatniego okupanta pomieszczenia, stojącego przy biurku z paczką chipsów w reku. – A pan musi być Benedykt Andrzejewski, uciekający poeta.

– Od razu uciekający. – wymamrotał pod nosem. – A pan to kto?

– Misza Lubomirski – przedstawił się.

– Aa, ten dziennikarz.

Idzi wzdrygnął się, nie miał pojęcia co robić. Misza przypominał cykającą bombę, emanowało od niego napięcie, które z powodzeniem udzielało się Andrzejewskiemu.

Poeta odłożył chipsy, wyprostował się i rzucał pioruny w kierunku Lubomirskiego. Gdyby Idzi nie był przekonany, że widzą się po raz pierwszy miałby wrażenie, że obaj chowają do siebie urazę. Spojrzał bezradnie na September. Dziewczyna też wyczuwała tę atmosferę. Wodziła oczami od jednego do drugiego z ciekawością. Nie miała zamiaru interweniować.

Marchewa na powrót wcisnął się w kąt między szafą a ścianą.

– Czego pan chce, panie żurnalisto?

To pytanie rozbroiło Lubomirskiego. Roześmiał się głośno.

– Proszę mi wybaczyć – rzekł po chwili. – Ale jak na kogoś, kto dziś w nocy został porwany i przetrzymywany w tym zacnym mieszkaniu, jest pan nad wyraz opanowany. Mógłby pan to wytłumaczyć?

Młodzi porywacze spojrzeli po sobie.

– Jeszcze lepiej, – dodał Misza zanim Andrzejewski mógł odpowiedzieć. – ja to wyjaśnię, bo widząc po ich twarzach są tak przerażeni, że zaraz wyjdą z siebie.

Wolnym ruchem sięgnął do kieszeni po paczkę papierosów. Zapalił.

– Moim zdaniem zaplanował pan to całe porwanie – oznajmił w końcu.

– Co!? – krzyknęły trzy oszołomione głosy.

– Wykorzystał pan całą trojkę, by zrealizować swój plan. Najpierw September – kiwnął w kierunku dziewczyny. – Powiedział jej pan, że mieszka w Bramie, do której wiedzie tylne przejście. Komuś, kto tego nie wiedział, informacja ta mogła wydać się fascynująca. Następnie podsłuchał pan jak September opowiedziała to tym Idziemu i Marchewce. Nie jest pan pierwszy raz na festiwalu, zapewne znał pan opinie jakie o nich krążą. Po skończonej audycji został pan dłużej w reżyserce pod pretekstem zgrania materiału i przygotowań na dzisiaj. Naturalnie nie przeczę, że powód był słuszny. Przeciwnie, genialne rozwiązanie. Kiedy usłyszał pan zamieszanie przy sali czarnej ukrył się pan na schodach. Ci dwaj zaskoczeni pana widokiem działali pod impulsem, trudno się im dziwić. Cała wina spadła na nich, a pan znalazł się tutaj.

W pokoju zaległa cisza.

– Co za wnikliwość – przyznał Andrzejewski z goryczą.

September mrugnęła. Chyba żartował. Ktoś miałby ją wykorzystać do swoich planów? Ją? Miałaby tego nie zauważyć? Benedykt był szczerym człowiekiem, gadało się z nim jak z dobrym kolegą, był nieco nawiedzony i w ogóle, ale to poeta. Oni wszyscy mają trochę nierówno pod sufitem. Nie mogła uwierzyć, że sprzedał jej historyjkę o Bramie, żeby ktoś mógł go porwać. Przecież to niedorzeczne.

Idzi i Marchewa pozielenieli na twarzach. Pewnie pomyśleli o tym samym. Przejmowali się cały dzień. Myśleli jakie tortury przygotuje dla nich Kord i ile czasu będą musieli spędzić w więzieniu za ten wybryk.

– Pytanie: dlaczego? – chciał wiedzieć Misza.

Podszedł do okna, w którym siedziała September. Ich spojrzenia spotkały się. Jego brzmiało wyraźnie: „dałaś się nabrać”, jej: „będziesz mi wypominał?”. Zdecydował, że nie będzie, ale zapamięta.

– Kiedy poeta pisze, przelewa na papier całego siebie – zaczął Andrzejewski. – Poezja jest chyba najbardziej osobistym przekazem myśli i uczuć, dlatego cenioną ją i uważano za mowę bogów i bohaterów. Ale bogowie i bohaterowie opuścili ziemię i poeta został sam, pośrednikiem między nimi.

– Będzie nam pan robił wykład z romantyzmu? – przerwał Misza.

– Kiedy poeta zdecyduje się wydać poezję – kontynuował Andrzejewski jakby nie usłyszał wtrącenia. – staje się ona własnością wszystkich. Ale to nie prawda. Poezja jest jedna, nie można jej dzielić. Przydzielanie nagród jest nierozsądne bo prowadzi do rywalizacji i chęci zysku.

– Co jest złego w rywalizacji?

– Chodzi o poziom. Pisząc dla zysku pisze się pod komisję, pod ludzi, a poeta powinien pisać pod bogów, dla serca i duszy.

– Piękne frazesy – zauważył zniecierpliwiony Lubomirski. Spojrzał na zegarek, czas uciekał. – Skoro ma pan takie przekonania, dlaczego przyjął pan nagrodę?

– Zgodziłem się na nagrodę, bo kierowała mną myśl ludzka, sława. Dopiero kiedy przyjechałem dyrektor oznajmił, że będzie gala i goście.

– Sława – powtórzył.

– Tak, ale wtedy zdałem sobie sprawę z tego kim jestem. Nie jestem człowiekiem medialnym, jestem poetą. Nie potrafię mówić przed tłumami, przelewam myśli na papier.

– Mógł pan odwołać galę, dyrektor by zrozumiał.

– Myśli pan, że nie próbowałem? Odmówił.

– Wie pan co ja myślę? Jest pan cholernie dobrym poetą i ktoś to docenił. Zamiast użalać się nad sobą weź się człowieku w garść. Nie obchodzi mnie kim pan jest, ani jakie są pana powody. Dyrektor prosił mnie, żebym pana znalazł i znalazłem. Nie będę panu mówił, co ma pan robić. Nie płacą mi za analizy psychologiczne i samozwańczy coaching. Niech pan robi jak uważa.

Dopalił papierosa.

– Idzi, ogarnij tu zanim oddacie klucz Kordowi – rozkazał. – Słońce, wiesz dobrze, że Kord nie znosi wanilii.

Z tymi słowami wyszedł, wiedząc, że polecenia zostaną wykonane.

*

Dochodziła szesnasta. Ludzie gromadzili się w sali czarnej. Kilka ważnych osobistości, poeci, wolontariusze i mieszkańcy Lublina. Dokładnie w tej kolejności. Pod oknami stał mały stolik, na nim nagroda i bukiet róż. Czekano tylko na rozpoczęcie.

W pokoju obok dyrektor wychodził z siebie. Krążył niespokojnie po pomieszczeniu, przygryzał niespokojnie paznokcie.

Jeszcze go nie ma, jeszcze go nie ma, powtarzał. Był przekonany, że zanim ten festiwal się skończy, naprawdę posiwieje. Co powie tym wszystkim ludziom? Może trzeba było wezwać policję? I narazić się mediom? O, wtedy dopiero mieli by sensację! Przez kilka tygodni by o tym pisano. Ale jeśli Andrzejewski się zaraz nie znajdzie to i tak te pismaki będą miały radochę. Zastanawiał się, który temat był gorszy: „zagubiony poeta” czy „festiwal wystawiony do wiatru”? Powoli opuszczały go nadzieje, pokłady resztek nadziei. Przecież pan Lubomirski obiecał, że się zajmie tą sprawą. Och, jego też przecież nie ma. To już nie był festiwal Miasta Poezji, to był festiwal nieszczęśliwych zniknięć i zbiegów okoliczności! Zanim się skończy z pewnością wyłysieje.

Wtem postrzegł przedmiot swoich rozmyślań idący korytarzem.

– Panie Lubomirski! – zawołał go stłumionym głosem.

– Ach, to pan, szanowny dyrektorze – przywitał go. – Dlaczego jeszcze nie zaczynamy?

– Jeszcze pan pyta! Andrzejewskiego nie ma!

– Nie ma? – powtórzył zmartwiony. Spojrzał na zegarek. – Dajmy mu jeszcze pięć minut.

– Ale widział się pan z nim?

– A tak, widziałem.

– Gdzie był?!

– Zwiedzał okolicę. Zauroczył się architekturą Lublina, sam pan przyzna dyrektorze, że w tej kwestii Lublin ma się czym pochwalić.

– To gdzie jest teraz?

– Przede wszystkim, proszę się uspokoić. O tak, – wykonał ruch dłońmi – wdech, wydech, i jeszcze raz: wdech, wydech. Lepiej prawda? O proszę, nasz zagubiony poeta.

Andrzejewski szedł pospiesznie, od strony pokoi mieszkalnych. Wyglądał całkiem schludnie w świeżej koszuli i garniturze. Nawet się ogolił.

– Przepraszam za spóźnienie. Sprawy osobiste.

– Jest pan! – rozpromienił się dyrektor – Na szczęście! Chodźmy już, zaczynajmy, chodźmy – i nie czekając na Andrzejewskiego wyszedł do sali czarnej.

Zostali sami z Lubomirskim. Usłyszeli brawa, rozpoczęcie mowy powitalnej dyrektora.

– Myślałem o tym, co pan powiedział – rzekł do Lubomirskeigo.

– Doprawdy? A co ja takiego powiedziałem?

– Pan Benedykt Andrzejewski – wywołał dyrektor, na powrót rozbrzmiały brawa.

– Niechże pan już idzie – ponaglił go Misza. – Bo znowu się pan zagubi.

Andrzejewski wyszedł na salę. Przyjął nagrodę, kwiaty.

Misza stanął w korytarzu. Wsłuchiwał się w słowa prostych podziękowań. Benedykt nie miał czasu, żeby ułożyć wiązani poetyckiej dla rodziny i przyjaciół, zadowolił się kilkoma uśmiechami. I dobrze, takie wystąpienie najlepiej mu pasowało, w końcu nie był osobą medialną tylko skromnym człowiekiem.

Poczuł na sobie czyjeś spojrzenie. Odwrócił się. W pierwszej chwili jej nie poznał. Ale kiedy dotarło do niego, kto przed nim stoi, wyszeptał:

– Layla…

KONIEC

Zagubiony poeta – część 1

Zagubiony poeta – część 2


0 Komentarzy

Dodaj komentarz

Avatar placeholder

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *