AN: Uwaga, fiction-non-fiction! Wszelkie kluczowe nazwiska zostały zmienione z przyczyn oczywistych; wspomniane miejsca, wydarzenia a także postacie są przekoloryzowane do granic absurdu.

***

 

– Kawy! Herbaty! Poezji! – rozlegało się już od wczesnych godzin porannych pod OLYMPUS DIGITAL CAMERARatuszem. Tego tygodnia plac Łokietka zmienił się w świeży gaik poezji. Młode brzózki ustawiono w drewnianych skrzyniach, na nich rozłożono tomiki wierszy. W tym roku prym wiódł Tuwim, ale zdarzały się też bitwy na Julię Hartwig i Barańczaka; były to bitwy nie do rozstrzygnięcia, ale przynajmniej forma pozostawała.

Między drzewkami ustawione były firmowe leżaki, teraz okupowali je wolontariusze, wertujący nowy numer „Codziennika poezji”, za nimi lubelski komiksiarz Szymon kreślił scenki z komisku na papierowych kubeczkach. W tych kubkach rozdawana była kawa i herbata poezji, a chętnych na gorące napoje było tak wielu, że Szymon nie nadążał z rysowaniem.

Był też Murzyn. Murzyn był człowiekiem o fizjonomii dobrego łotra. Mimika jego twarzy, zdradzała człowieka agresywnego. Zapytany o to czy lubi poezję, ściągnął brwi nisko nad oczami, rozdarł nozdrza, wargi wykrzywił w grymasie, zadarł bródkę i odparł „czy ja kurwa lubię poezję?!”. Głos miał jak dzwon, donośny, silnie brzmiący, głęboki, gdy krzyknął, ludzie na placu Łokietka oglądali się przez ramię:

– Zapraszamy do Domu Słów Ośrodka Brama Grodzka Teatr-NN i tu do naszego gaiku poezji. Można odpocząć na naszych leżakach, można poczytać poezje, posłuchać poezji, pomilczeć poezją. Tylko w Lublinie najbardziej poetyckim mieście we Wszechświecie!

Idzi trafił na wolontariat Miasta Poezji przez przypadek. Właściwie mógłby powiedzieć, że stało się to z winy Marchewy. Kolega zgłosił się pierwszy, teraz biegał z aparatem i nagabywał ludzi, by stanęli z taką kartką „lubię poezję” i robił im zdjęcia. Idzi współczuł tym ludziom. Nie dlatego, że musieli wziąć udział w akcji (przecież Marchewa nie odpuściłby nikomu, kogo zagadnął), ale dlatego, że Marchewa kompletnie nie potrafił robić zdjęć. Powinien był przyłączyć się do innej grupy, na przykład takiej, której zadaniem było rozśmieszać publiczność, robienie z siebie pajaca wychodziło mu w końcu najlepiej. Niestety takiej kategorii wolontariat nie przewidywał.

Natomiast w swoich szeregach wolontariackich festiwal skupiał najdziwniejsze osobowości, na jakie tylko mógł sobie pozwolić. Najmocniejsza była grupa edukacyjna. Ona rządziła pod Ratuszem i była łącznikiem między poetami a szkołami, do których udawali się na tak zwane „świadectwa”. Mowa tu o zwykłych spotkaniach, podczas których mieli przekonać młodzież dlaczego warto czytać poezję. Jak ktoś mógł w ogóle wierzyć, że jakiś wierszokleta jest w stanie przekonać gimnazjalistów do czegokolwiek? Idzi w tamtym czasie myślał tylko piłce nożnej i przekraczaniu granic.

Naturalnie będąc w grupie edukacyjnej wolontariusz narażony był na szereg problemów, które nigdy by się nie pojawiły w żadnej innej sytuacji. Idzi nie sugerował się wyjaśnieniami koordynatorów, którzy twierdzili, że owszem czasami może się coś nie udać. Wierzył, że te dziwne, a niekiedy fascynujące sytuacje wynikały z magii jaką przesiąknięty był cały tydzień Miasta Poezji. A niecodziennych opowieści już trzeciego dnia nazbierała się spora ilość. Najwięcej z nich obracała się wokół legendarnego hostelu na Królewskiej. Hostel był legendarny tylko wśród wolontariuszy, ale jego sława sięgnęła wyżyn nieprzyzwoitości. Idzi tam nie był, słyszał tylko historie tych, którym dane było odebrać stamtąd poetów. Marzena mówiła, że ponoć jednego to za nogę z łóżka ściągała. Dosłownie. Nic dziwnego, ten poecina, o którym opowiadała, wyglądał jakby urodził się wczoraj i dokładnie tak zachowywał. Ale były też i inne akcje, największe zaś miała September.

OLYMPUS DIGITAL CAMERAIdzi wypatrzył ją idącą niespiesznie Krakowskim Przedmieściem. Torbę miała przewieszoną przez ramię, w uszach słuchawki w ręku lizak. Szła spokojnie, niemalże krokiem zombiaka, co po części zdziwiło Idziego, wychodził bowiem z założenia, że September wiecznie się gdzieś spieszy. Nieustannie gdzieś goni. Spojrzał na zegarek: dopiero dziewiąta pięćdziesiąt.

– Och, September – zagadnął, widząc jak dziewczyna siada obok niego na leżaku.

Uśmiechnęła się krzywo i od niechcenia poprawiła okulary na nosie. W końcu zapowiadał się piękny dzień. Po wczorajszych ulewnych deszczach, miło było poczuć na skórze odrobinę słońca.

– Ja tylko na chwilę – odparła sennym głosem. – Lecę zaraz do Bramy.

– Gdzie idziesz dzisiaj?

– Zamoy.

Widać jeszcze spała, ale nie dziwił się jej, gdyby nie miał dziś dyżuru sam drzemałby jeszcze w łóżeczku.

– Hej, Sepciątko! – Marchewa przycupnął na skrzynce. – Słuchaj, nie uwierzysz, jakiego widziałem wczoraj…

– Marchew, przymknij się – wysyczała. – A jeszcze raz mnie tak nazwiesz, będziesz zbierał zęby i podłogi.

– Stało się coś, Sept…? – spytał niepewnie. W żadnym razie nie chciał zbierać swoich zębów z jakiejkolwiek nawierzchni, a obawiał się, że kto jak kto, ale September zdolna jest spełnić groźbę.

– Stało? Stało? Nawet nie potrafisz sobie wyobrazić! – ożywiła się. – Opowiadałam wam już jak byłam wczoraj odebrać poetę?

– Nie. Mów, mów.

Usiadła wygodniej na leżaku, rozejrzała wkoło jakby chciała sprawdzić kto słucha i czy przypadkiem nie ma w pobliżu żadnego niepożądanego poety.

– Więc tak wychodzę wczoraj, środa, pamiętacie: deszcz, wiatr i tym podobne cuda wianki. – Zaczęła opowieść. – Miałam odebrać go o 8:45, na 9.45 mieliśmy być w szkole. Wyszłam z domu normalnie, o czasie, idę na przystanek, do przystanku mam około 5-6 minut. No i dochodzę do tego przystanku a tu nagle taki zonk! Zapomniałam aparatu! A miałam przecież fotorelację robić, no i co, szybka decyzja, wracam.

– Deszcz, wiatr i takie tam – powtórzyła. – Wyrobiłam się w 7 minut w dwie strony. No i dobiegam do tego przystanku, a tu masz, autobus mi uciekł, – podniosła głos, akcentując oburzenie – sprzed nosa normalnie. Ale nic, pojechałam z przesiadką. Dojeżdżam do Litewskiego, jest 8:52, a tu jeszcze przecież na Królewską muszę dobiec. Wpadam do tego hostelu o 9.00. Piętnaście minut spóźnienia! – Podkreśliła. – Mówię recepcjonistce: „dzień dobry, ja tu z miasta poezji, poetę mam odebrać, Konrada Malczewskiego”. To jest ważne to nazwisko. – Dodała, akcentując. – Konrad Malczewski. No jest, w pokoju numer 5. Ok., idę, pukam, otwiera młody koleś, jest sam w pokoju. Ja: „dzień dobry, ja tu po pana”. No dobra, to idziemy. Zebrał się szybko, wychodzimy, jesteśmy już na schodach, a wtedy on: „to może ja się przedstawię, Kamil Kowalski”. Ja tak staję: „To nie Konrad Malczewski?” pytam. „Nie”. – Machnęła dłonią –  Okazało się, że w ogóle nie przyjechał. No cóż, odwołaliśmy spotkanie w szkole, a ja co? Skoro już się wracałam po ten aparat, pamiętamy deszcz, wiatr, to sobie myślę: „no już z tym poetą pójdę, jakiś użytek przynajmniej z aparatu będzie”. Po niego miały zaraz przyjść dziewczyny i gdzieś w szkole na Podzamczu miał mieć spotkanie.

Urwała by zaczerpnąć powietrza. W tym czasie zgromadzili się wokół inni wolontariusze razem z Murzynem i Szymkiem.

– No dobra to idziemy – ciągnęła. – Idziemy Grodzką, przez Bramę przechodzimy, tam w dół. I słuchajcie z naprzeciwka idą jacyś ludzie. Jeden taki mały, chudy, drugi z plecakiem, w kapturze na głowie wyglądał jak syn gospodarza po imprezie. No dobra, ja z dziewczynami idziemy, nie zauważyłyśmy nawet jak Kamil się zatrzymał. I krzyczy za chwilę: „hej, macie Konrada Malczewskiego”. No jest, – klasnęła w ręce, – znalazł się. Słuchajcie, ale ten Michałowski to jak wiking wyglądał, autentycznie. Ale dobra, szybka decyzja, idziemy do tej szkoły czy nie?

– A ten drugi, to kto to był?

– Ten drugi to był Jodełka. Jak mi jeszcze raz przerwiesz, Marchew, bo biada z tobą. No to jedziemy do tej szkoły. A wiecie, oni dopiero co przyjechali, od 21.00 jechali: głodni, zmęczeni, przemoknięci. Szybka decyzja: no to idziemy, trudno. Dzwonie do tej szkoły: „zaraz będziemy”. Słuchajcie, byliśmy o czasie. O 9.45 weszliśmy do szkoły – rzekła z dumą. – No dobra, na miejscu dowiadujemy się, że mają to być dwa spotkania z dwiema klasami. „No, jeśli się zgodzą to ok.” mówię. Po pierwszej godzinie, myślałam, że nas wyproszą. Poważnie! Bo wiecie, jak te nauczycielki zapraszają do szkoły poetów, to sobie myślą, że przyjdzie tak i powie tej młodzieży dlaczego warto czytać poezję. A on przyszedł, przeczytał tę swoją poezję… ale to było dobre, przeczytał tę poezję, skończył, a ta nauczycielka: „a przepraszam, czyją poezję pan teraz czyta?” A my z Jodełką na siebie i hahaahhaha. No i dobra, z tymi jego wierszami to był taki problem, że dużo w nich było przekleństw, dlatego się nauczycielce nie podobało. Tak więc jest przerwa – zrobiła pauzę – nie wyprosiła nas. Nie wyprosiła, ale widzę tę taką desperację w jej oczach i ona mówi do Jodełki takim błagalnym tonem: „a może pan przeczytałby trochę swoich wierszy”. On: „ok.”, po czym zatrzasnął się w łazience.

– Ach September, ty to masz normalnie… – skomentował Murzyn

– No nie? Zastanawiam się za jakie grzechy. Ale nic to, zasada czwarta brzmi: there is the Sun.

– Oby nie padało – mruknął Idzi.

– Według najnowszych prognoz nie powinno, ale jak coś Idzi będzie biegał z parasolami. Przynajmniej raz się do czegoś przyda.

– Idzi szybciej sam się zmyje – zaśmiał się Marchewa.

– Też prawda.

– Ej no weźcie! – jęknął Idzi.

– Dobra dzieciaki, ‘erbatą byście częstowali ludzi, dziesiąta piętnaście dochodzi.

– Już? – September spojrzała na zegarek. – To będę się zbierać. Pod Bramą mam odebrać Andrzejewskiego.

– Benedykta? Ten, co ma w tym roku nagrodę festiwalową odebrać?

Andrzejewski był tegoroczną gwiazdą Miasta Poezji, pewnie dlatego September chciała go poznać. Interesowali ją ludzie, którzy odnieśli sukces. Szczegółowo badała ich twórczość, żeby sprawdzić jakie są wyznaczniki dobrej poezji i za każdym razem była równie zawiedziona. Dowiedziała się też niedawno od jednej z poetek, że te prestiżowe nagrody dostają ci pokorni, prości poeci, tacy, których łatwo zrozumieć i którzy nie wychodzą poza schemat. I zawsze są to mężczyźni. To szowinistyczne podejście niemal ją rozwścieczyło. Przypomniała sobie jednak szereg pisarek, które otrzymały nagrodę wielkiego kalibru – zgadza się, odpowiedziała na to poetka, ale mówisz tu o autorkach prozy. September stwierdził, że nie warto być poetką.

– Ten sam – przyznała. – Marzena była z nim wczoraj na mieszkaniu poezji, mówiła że interesujący typ. Poznam, ocenię.

Murzyn wydał z siebie salwę śmiechu.

– W twoim słowniku, September, „interesujący typ” oznacza kogoś, kto nie podchodzi pod żadną definicję. Wierszokleta pokroju Andrzejewskiego nie może uchodzić za kogoś takiego, to prosty człowiek September, zrozum.

– Murzyn, nie masz ty nic do roboty? – spytała dźwięcznie, idąc już w kierunku Starego Miasta. Pod tym pytaniem zawarła się cała groźba, jaką tylko można było zawrzeć w tak niepozornym splocie słów.

– Kawy! Herbaty! Poezji!

Murzyn był dziś w dobrym humorze. Nie można było tego stwierdzić patrząc na niego, bo nieustannie miał tę groźną minę, ale takie rzeczy się czuło. Miał niezły nastrój. Szczególny wpływ miało na to słońce, które w końcu zaszczyciło swoją obecnością. Przez ostatnie dni było pochmurno, a wczoraj deszcz lał od rana do wieczora. Nie byłby to większy problem, ale silny wiatr, poprzewracał w nocy brzózki i teraz mieli problem z ponownym ich ustawieniem. Jedna z nich, ta stojąca z boku, nieustannie się przekrzywiała pod silniejszym podmuchem. Szymon z Murzynem robili już wszystko, żeby stała prosto, ale to ostatecznie Marchewa wpadł na pomysł, żeby unieruchomić ją dodatkową deseczką. Od tamtej pory jakoś się trzymała, ale i tak mieli na nią oko.

Oko mieli też na poduchy, rozłożone na leżaczkach. Poduszki cieszyły się największą popularnością, a to dlatego, że wysprejowano na nich intrygujące cytaty z wierszy i powieści. Idziemu najbardziej przypadła do gustu ta o spaniu. „Kiedy leżę nie nadaję się do wstania”, zwyczajnie nie mógł się od niej oderwać. Już miał nawet zrobić z niego swoje motto życiowe, ale natrafił na inną z cytatem o Włóczykiju i ostatecznie nie mógł się zdecydować. Za to ludzie mogli. Nie dalej jak we wtorek Murzyn gonił jednego takiego, co pochwycił pierwszą lepszą poduszkę i zwiewał w kierunku Bramy Krakowskiej. Murzyn rzucił Idziemu mikrofon i pognał za złodziejem. W swojej potężnej postaci, z facjatą zbira, sam mógłby przypominać kryminalistę. Na szczęście miał na sobie firmową koszulkę festiwalową i identyfikator – to w jakiś sposób załatwiłoby sprawę w razie gdyby dorwała go policja. Na szczęście nic takiego się nie stało, a poduszkę odzyskał.

Ludzie mijający gaik przyglądali się im z ciekawością. Niecodziennie zdarza się na Placu Łokietka widzieć grupę zapaleńców czytających poezję dla samej zabawy. Jedni zatrzymywali się zapytać „co to za akcja”, inni biegli, z pewnością spóźnieni do pracy. Pierwsze wycieczki z przedszkola miały pojawić się dopiero za pół godziny. Wędrowały dalej do Domu Słów, gdzie na podwórku odbywały się przedstawienia często improwizowane. Ale jeszcze był spokój.

– Kawy! – usłyszeli nagle głos September, biegnącej do stolika na którym stał termos. Nie spodziewali się jej zobaczyć przez następne półtorej godziny. – Potrzebuję kawy!

Szymon mechanicznym ruchem wyciągnął w jej kierunku kubeczek. Chwyciła niemal w biegu, wsypała dwie łyżeczki rozpuszczalnej, zalała wrzątkiem i na tyle na ile pozwalał jej dymiący kubek ruszyła w stronę Krakowskiego.

– Ej, September? – zawołał za nią Idzi. – Co się dzieje?

– Nie teraz! – krzyknęła.

Po chwili ze spożywczaka wyszedł niewysoki gość w wymiętej koszulce, wczorajszych dżinsach i podartych adidasach. Miał na ramieniu firmową torbę. Poeta pomyślał Idzi, pewnie z legendarnego hostelu na Królewskiej. Do głowy mu nawet nie przyszło, że był to sławny Benedykt Andrzejewski, gwiazda tegorocznego festiwalu.  

Śledził wzrokiem oddalającą się parę i rozmyślał nad tym, co mogło wydarzyć się tym razem. Będzie musiał poczekać aż September wróci, żeby się tego dowiedzieć. Ale już teraz zżerała go ciekawość.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

– Zapraszamy do naszego gaiku poezji, zapraszamy do odpoczynku na leżakach. Można poczytać poezję, pokontemplować poezję. Nie uciekajcie, nie uciekniecie, poezja i tak was znajdzie – intonował Murzyn, wykrzykując do mikrofonu zaczepki. Jedni przechodnie przyspieszali kroku, inni przystawali i wtedy atakował ich znienacka Marchewa. Reszta przysiadała pod drzewkiem i spokojnie przeglądała program festiwalowy. – Może pan z aparatem? Zapraszamy tu do nas.

Idzi wyszpiegował zaczepioną przez Murzyna osobę. Z namysłem ocenił stojącego z aparatem szczupłego mężczyznę w ciemnych shadach??. Dopiero kiedy opuścił aparat Idziego jakby olśniło. Wymierzył Marchewie kuksańca.

– Ała! Co?

– Te, patrz, czy to nie ten dziennikarz z Warszawy? Ten, który pisał o upadku inicjatyw oddolnych?

Marchewa rzucił okiem na zbliżającą się postać.

– Nooo. Tak jakoś wygląda.

– Dobry dzień, szanowni. Misza Lubomirski, tygodnik „Czuwający”. Co się tu dzieje dobrego?

Idzi spojrzał na dziennikarza znad okularów przeciwsłonecznych.

– Jestem Idzi Skarski. Ten wysoki, z długimi włosami to Marchewa, a ten z brodą to Murzyn. A to – rozłożył ręce – to jest Miasto Poezji. Poezja miasta. Tu, teraz, na każdym rogu, każdej ulicy. Poezja. Czaisz bazę?

– I co tu robicie?

– Czytamy. Wiersze przede wszystkim. Poeci polscy i obcy, starzy i młodzi, ci znani i zapomniani.

Lubomirski podniósł jeden z tomików i przerzucił kilka kartek.

– To ciekawe. I takie czytanie, pod urzędem miasta, ma jakiś sens?

– No ba! – wtrącił się Marchewa. – Weź zobacz człowieku: kto teraz czyta wiersze? Oprócz miłośników poezji i studentów polonistyki?

– Znaczy, przez tą akcję tutaj, chcecie nawracać ludzi?

Murzyn, wyczuwając drwinę, gdzie ją rzucają, wtrącił się do rozmowy:

– Co Marchewa chciał powiedzieć… że przez te kilka dni, kiedy tu siedzimy i czytamy wiersze, ludzie, nawet ci spieszący do pracy, szkoły, gdziekolwiek, mają szansę na, nazwijmy to: codzienną dawkę poezji.

– Hm, szczególnie ci pod Bosko.

Murzyn ryknął śmiechem.

– Hahaha! My man! Chodź czytniesz coś mrocznego, z tą chrypą… już mam przed oczyma tłum rozmarzonych nastolatek siedzących w naszym gaiku i słuchających… poezji.

Idzi poderwał się z leżaczka i posadził na min dziennikarza.

– Co tam macie z poezji? – spytał Lubomirski

– Tuwim, Hartwig, Czechowicz, Barańczak, Gałczyński – wymieniał kolejno Murzyn. – Jest jeszcze Jasnorzewska.

– Nie potrzebnie pytałem. Zaraz coś znajdę – wyjął smartfona i w kilku szybkich kliknięciach odnalazł wiersz, który szukał. Usiadł na leżaku, Idzi zajął miejsce obok.

– Uwaga, uwaga! – ryknął do mikrofonu Murzyn, aż zadźwięczało w uszach. – Tylko teraz, specjalnie dla państwa, Misza Lubomirski przeczyta wiersz… – oddał mikrofon.

Misza chrząknął.

– Dylana Thomasa… – zrobił pauzę. Zniżył głos na tyle, na ile pozwalała mu chrypa, która sama w sobie nadawał mu dramatycznego brzmienia:

Nie wchodź łagodnie do tej dobrej nocy,

Starość u kresu dnia niech płonie, krwawi;

Buntuj się buntuj, gdy światło się mroczy…

Jest coś magicznego w publicznym czytaniu poezji, co Idzi zauważył już pierwszego dnia. Zwykle wiersze nikogo nie interesują, no może za wyjątkiem krytyków literatury. Są lekceważone, ponieważ wymagają skupienia. W tej kwestii przypominają modlitwę, bycia w samotności, uwagi, natchnienia, i takie tam inne. Zwyczajnie nie ma się na nie czasu w ciągu dnia. Ale kiedy pierwszego dnia festiwalu poezja wybrzmiała z głośników czytana dźwięcznym barytonem Murzyna, wokół zgromadziły się grupki osób w różnym wieku, zasłuchanych, niektórzy nawet przysiedli między drzewkami na dłużej. I to było doświadczenie mistyczne.

Także teraz kilka osób przystanęło aby posłuchać Lubomirskiego. Jego głos faktycznie brzmiał mrocznie, ale Idzi zrzucił całą winę na chrypę. Lubomirski znacznie obniżył głos, czytał powoli, żeby nie zakrztusić się powietrzem, nieznośnie łaskoczącym podrażnione gardło. Zmartwiony Marchewa skombinował nawet kubeczek z kawą. Postawił ją obok przyjaciela, który niezwłocznie sięgnął po niego, gdy tylko skończył czytać.

– Brawo! Brawa szanowni państwo! – Murzyn klapnął dłońmi. Wtórowali mu Idzi i Marchewa.

– Co to jest! – żachnął się Misza, upiwszy łyk czarnego napoju.

– Kawa – odparł zadowolony z siebie Marchewa.

– To ma być kawa? Marchewka, bój się Boga, to coś w życiu kawy na oczy nie widziało. Ale kubeczek świetny. Podziękujcie Szymkowi ode mnie.

Podniósł się.

– Zapraszamy jeszcze do Bramy Grodzkiej, w czwartek o szesnastej.

– W czwartek? – powtórzył i sięgając po folder z programem zwrócił się do wolontariuszy – Mogę? Na Starym Mieście też się coś dziś dzieje?

– Drzewo Poezji mamy, no i punkt przy Bramie. Zapraszamy.

– Murzyn, widziałeś kto to był?! – zawołał Idzi, kiedy Lubomirski zniknął w cieniu Bramy Krakowskiej. – Misza Lubomirski!

– No, przedstawił się – odparł Murzyn.

– Nie rozumiesz! Jeden z najlepszych dziennikarzy. Prowadzi warsztaty dla trzeciego roku u nas na UMCS.

Marchewa kiwnał głową w zadumie:

– September będzie taka zazdrosna…

– Co September? – usłyszeli za sobą. September miała groźną minę i patrzyła tak na nich złowieszczo, jakby już planował któregoś ukatrupić.

– A nic-nic, tak tylko mówiłem, że świetnie dziś wyglądasz – zmrużyła podejrzliwie oczy. Idzi odchrząknął i spytał – Jak tam w szkole było?

– Och słuchajcie jaka masakra, znowu! – zaczęła. Klapnęła na firmowy leżak. Idzi z Marchewą przysiedli po obu jej stronach. – Już nigdy nie chcę iść na tą Królewską! Nigdy! Jakieś przekleństwo normalnie.

– A nie miałaś odebrać dzisiaj poety spod Grodzkiej?

– Miałam! Właśnie chodzi o to, że miałam!

– No to co się stało?

– Słuchajcie: idę tam po tego Andrzejewskiego. Benedykta, wiecie, tego co ma dzisiaj tę nagrodę odebrać. No, w każdym razie, idę pod Bramę, a oni mi mówią, że Andrzejewski nie wrócił na noc. I weź go szukaj. Już miałam nadzieję, że sytuacja z wczoraj się nie powtórzy, a tu masz! No i dzwonią po niego. Jest. Na Królewskiej! No pięknie, po prostu, ale nic idę. Wchodzę tam, słuchajcie, od razu CZUĆ, że tam poeci mieszkają. Powietrze gęste takim smrodem piwnym. Ale ok. powiedzieli, że go znajdę pod siódemką no to pukam, cisza, pukam znowu, cisza. Walę do drzwi, po chwili takie stłamszone „proszę”. Zaglądam, a on jeszcze pod pierzynką. „A pani to nie miała być o 10.30?” pyta, „nie” mówię „o 10.15, teraz jest już 20 po”. Okazało się, że do kumpli na imprezę poszedł i zasnął. No ale dobra, zebrał się w 10 minut. Idziemy. Wali od niego piwem na kilometr, nie wiem jak te nauczycielki tego nie wyczuły, koleś mocno na kacu, kawa niezbyt pomogła.

– Ta kawa z rana? – wtrącił Marchewa.

– Tak, ta. Myślę sobie: „no super, co za pajac mi się trafił”. Ale słuchajcie! To było najlepsze spotkanie na jakim byłam przez cały tydzień! On z nimi rozmawiał! Rozmawiali o kulturze, o filozofii, świetny typ po prostu. Genialny! Ale tak, powiedział mi strasznie fajną rzecz. Wiedzieliście, że w Bramie Grodzkiej są pokoje mieszkalne?

– Takie że niby można tam nocować?

– Właśnie i tam wchodzi się przez osobną klatkę, pokazał mi. Genialne miejsce. A stamtąd, znaczy przez tę klatkę, jest osobne wejście do Bramy…

*

Archidiakońska. Niedługa uliczka wybudowana wzdłuż murów obronnych, przy obecnym numerze 9 znajdowała się dawniej baszta. Teren ten należała przed wiekami do lubelskiego archidiakona. Mieścił się tu jego drewniany pałac. Uliczka niektórym mogła wydawać się ściśnięta, kamienica na kamienicy, a każda z nich różnorodna. Ta z numerem piątym miała wielką tradycję. Swego czasu mieściła się tam drukarnia, a zasłynęła pod nazwą Małego Ratuszem, mieściło się tam też archiwum.

Obecnie niewiele zostało z jej dawnej świetności. Traktuje się ją jako przejście między placem po farze a klasztorem dominikanów. Często przechodzą tędy wycieczki. Robią postój przy numerze siódmym, zerkają jeszcze na tak zwaną kamienicę polityka i przechodzą dalej, zupełnie nie zwracając uwagi na moździerzowy szyld z napisem „antykwariat”.

Misza Lubomirski lubił nowinki historyczne. Historia ogrywała tożsamość miasta, jego narodziny, młodzieńczość i dojrzałość. Szczególnie w mieście inspiracji za jaki uchodził Lublin. Bo czym była inspiracja? Czy miasto jako całość mogło inspirować? Czy faktycznie było się czym inspirować w Lublinie? Misza mógłby spierać się z tym określeniem, mógł się natomiast zgodzić z innym: Lublin był miastem, nad którym nie wschodziło słońce. I nie chodziło o zjawisko atmosferyczne. Kozi gród wybudowany na siedmiu wzgórzach i to powinien być argument sam w sobie. A jednak czegoś brakowało i Lubomirski czuł ten brak podskórnie. Było w tym mieście coś przyciągającego i odpychającego zarazem. Jakiś niezrozumiały zgrzyt, który kazał jak najszybciej uciekać. Wyjeżdżać byle dalej niż Warszawa na północy i dalej niż Kraków. I gdyby nie potrzeba poznawcza z pewnością by go tu dziś nie było.

Szczerze mówiąc nie zamierzał tego dnia zwiedzać pozostałych punktów festiwalu. Udał się na Archidiakońską do znajomego antykwariusza.

Antykwariat Korda mieścił się pod numerem jeden. W dwupiętrowej kamienicy, zaraz obok klasztoru. Był specyficznym miejscem, podobnie jak właściciel. Kord kreował się na bibliofila, cechującego się szczególną nienawiścią wobec ludzi. Zwłaszcza turystów, którzy błąkając się wąskimi uliczkami, trafiali przypadkowo do antykwariatu. Patrzył im na ręce, bezczelnie i świadomie. Na pytania odpowiadał krótko i stanowczo by szli na Jezuicką, on nie jest punktem informacyjnym.

O tej porze dnia, pomimo słonecznej pogody, wewnątrz panował półmrok. Misza zastanawiał się czy było to spowodowane położeniem architektonicznym kamienicy czy specyfiką wnętrza antykwariatu. Drewniane półki podtrzymywały ciężkie woluminy i wysysały z pomieszczenia jednolite promienie słoneczne.

Kord urządzając wnętrze uznał, że musi wyglądać jak pochodząca z innej epoki, żeby wchodząc czuło się nie tylko zapach książek, ale i klimat pewnego sentymentu. Miał pewne obawy, że wzorem licznych muzeów wnętrze wyda się sztuczne i przesadnie wystylizowane, ale efekt zaskoczył nawet jego. A trudno było zaskoczyć Korda czymkolwiek. Obok okna stało masywne biurko, a przy nim szeroki, obity ciemną skórą fotel, na którym rozsiadł się wygodnie Misza.

Kord wszedł z dymiącymi kubkami. Postawił jeden z nich przed gościem, który krytycznym okiem obrzucił oba kubki.

– Kaawy? – jęknął, wykrzywiając usta w żałosnym grymasie.

– Nie ma. Pij. Tylko jak wylejesz na moje biurko, będziesz zlizywał każdą plamkę… – zagroził gospodarz.

– Mścisz się za coś? – spytał, ale jedyną odpowiedź jaką uzyskał był dźwięczny, cyniczny uśmiech.

Posłusznie upił łyk herbaty. Była słodka, słaba i słodka, pachniała miodem lipowym i cytryną, dokładnie taka jakiej nie znosił. I Kord o tym wiedział, ale w swojej przesadnej, sadystycznej trosce nie zważał na gusta.

– Fajne te festiwale macie – zauważył po chwili Lubomirski.

– Nie widziałeś co dzieje się w sezonie wakacyjnym, kiedy na cały dzień zamykają dojazd do Starego Miasta. Mieszkańcy nie mogą dojechać do domów, kurier i inni dostawcy też nie mogą dojechać do roboty. Wiesz jaka miła atmosfera wtedy panuje?

Lubomirski wzruszył ramionami

– Taka kultura.

– Wiedziałeś, że pod ratuszem czytają poezję? – dodał.

– Co roku, od kilku lat o tej samej porze. Wiedziałbyś, gdybyś częściej przyjeżdżał.

– Och, tych wolontariuszy też znasz? Wydaje mi się, że już gdzieś ich widziałem. Jeden wysoki, na oko prawie dwa metry, długie włosy. Drugi niższy, sięga mu do ramienia, gadatliwy.

– Idzi i Marchewa – zgadł antykwariusz. – Musiałeś ich widzieć, mieszkają tu na drugim piętrze.

– W tej kamienicy? – zdziwił się.

– U Margarety. Nazywają ją babcią.

– Też ją tak nazywasz.

– Ja mogę. Ci dwaj to studenty, tego gorszego sortu.

– Oj Kord, bez polityki, jestem tu prywatnie.

Gdzieś z głębi antykwariatu wynurzyła się smukła sylwetka kota. Sierść zwierzęcia połyskiwała na niebiesko w świetle, zielone oczy błyszczały. Przystanął przed biurkiem. Rzucił spojrzenie pogardy w kierunku właściciela, równie lekceważące w kierunku drzwi. Po czym podreptał do fotela, na którym siedział Misza i bezceremonialnie wskoczył mu na kolana. Zatoczył kółeczko, wbijając ostre pazurki w dżinsy i zwinięty w kłębek, tuląc mu się do brzucha, zasnął.

– Czego chcesz?

– Poszukuję pewnej osoby.

– Imię.

– Layla Reeve – oznajmił z pewną niechęcią. Przed oczami stanęła mu postać uroczej blondynki, z figlarnym uśmiechem znikającą za __. Złodziejka. Przebiegła menda, jakkolwiek genialna, a mimo to irytująca. Ale musiał ją znaleźć. Wydawało mu się, że będzie mogła mu pomóc.

– Co tym razem zmalowała?

– Kojarzysz te figurki krasnali we Wrocławiu? W Zielonej Górze są podobne. U nich się to nazywa bachusiki.

– I myślisz, że piękna Layla pokusiła się o kradzież krasnali?

– Myślę, że może wiedzieć, kto się pokusił.

cdn…

Zagubiony poeta – część 2

Zagubiony poeta – część 3


0 Komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *