Kwiecień 2010

Archibal stanął w pobliżu Pałacu Prezydenckiego. Zlustrował tłum zebrany pod drewnianym krzyżem i wykrzywił wargi w uśmiechu. Musiał przyznać, że sam by tego lepiej nie wymyślił. W końcu on należał do dworu Księcia tego Świata.

Nawet tutaj słychać było wyzywające się od diabłów i szarlatanów grupy Obrońców i Przeciwników krzyża. Obrońcy przynieśli transparenty, świece, kanapki i śpiwory; Przeciwnicy – lubelską Perłę i zimnego Lecha. Szerzył się przemysł pogardy.

– Oho, wyszedł Pan Jest-Mi-Bardzo-Przykro – mruknął do siebie Archibald widząc jak niewielka postać rzecznika garniturze wybiega od strony Pałacu kierując się na dziennikarzy. Dziennikarze, krwiożercze bestie, czekali tu już od rana. Wiedzieli, że coś się stanie.

Rozmawiali długo. Krwiożercze bestie żywią się każdym wypowiedzianym słowem, a słów padło wiele, większość z nich była wariacją na temat „jest mi bardzo przykro”, po czym nienasyceni oświadczeniem wtopili się w tłum, żeby nękać pozostałych.

Obrońcy wysunęli żądania. Domagali się pomnika, dla siebie albo dla krzyża, tego Archibald nie był do końca pewien. W każdym razie Obrońcy zapowiedzieli, że nie ruszą się z miejsca dopóki ktoś z nimi nie porozmawia. Mówili do kamer, jednak apele kierowane do władz za pośrednictwem mediów nie przynosiły rezultatu.

Przeciwnicy przyoblekli się w tęczowe szaty i zaczęli głosić równość. Obrońcom zależało na prawdzie.

Nagle Archibald poczuł obok siebie obecność innego nieśmiertelnego, a po chwili stanął obok niego Moloch. Mąciciel ryczał ze śmiechu obserwując jak straż odrywała kobietę od krzyża.

Moloch dławił się śmiechem.

– Zawsze myślałem, że krzyż jest kluczem do bram raju – przyznał Archibald, kiedy Moloch zdołał opanować kaszel.

– Oo naiwności, przecież wiesz, że nie ma nic lepszego jak źle pojęte chrześcijaństwo. Czerpaliśmy z tego przez wieki – Moloch powtórnie zarechotał – Ale wiesz, Archi, teraz jest to o wiele zabawniejsze.

Pojawili się harcerze. Wyglądali jak skrzaty w szarych strojach na tle wielobarwnej publiki. Pan Jest-Mi-Bardzo-Przykro ponownie wybiegł z Pałacu deklarując, że krzyż należy do harcerzy i że sami postanowili, że zabiorą go teraz z Placu. Odpowiedziały mu groźne pohukiwania. Schował się więc za borowika i wycofał razem z nim do środka. Skrzaty natomiast przestępowały z nogi na nogę nie wiedząc co zrobić.

Tłum rósł i nabierał sił. A przynajmniej tak myślał Archibald, bo w rzeczywistości, dwadzieścia procent tych ludzi nie wiedziała po co się tu zebrała; kolejne dwadzieścia procent, przyszło popatrzeć, kolejny procent stanowili Przeciwnicy i w końcu Obrońcy.

Po dłuższej obserwacji demon doszedł do wniosku, iż Obrońcy byli grupą starych konserwatystów, wciąż wyznających zasady katolicyzmu średniowiecznego; z kolei Przeciwnicy byli grupą bezpartyjnych liberałów, którzy Boga chcieli zamknąć w kościele i głosili dziewiętnastowieczne hasła agnostyczne chociaż sami nie zdawali sobie z tego spraw.

– Mówią, – zagadnął Moloch krztusząc się śmiechem – Mówią, że to pierwsza porażka prezydenta, tego no… elekta.

– A ty co myślisz?

– No, ja myślę, że mają rację. Ale wiesz co, Archi, myślę, że ten kraj jest już nasz.

– Dlaczego?

– No bo widzisz, liberałowie to tacy laicy, a laicy są bliżej ateizmu. A ateizm jest bliżej niewiary we wszystko co święte… łącznie z nami.

– My już nie podchodzimy pod kategorię świętości, wydawało mi się, że po tych wszystkich tysiącleciach w końcu to do ciebie dotarło.

– Oj, przecież wiesz o czym mówię.

Archibald kiwnął głową. Mąciciel miał rację. Jednym z pierwszych zwycięstw było przekonanie świata, iż nie istnieje diabeł, kolejnym zwycięstwem było udowodnienie, że nie ma Boga; ten plan co prawda trochę nie wypalił, jednak był bliski ideałowi. Teraz pozostawało już tylko wprowadzić chaos między równo ułożoną, na pozór doskonale zorganizowaną strukturę kościoła. Demon doskonale wiedział, że jeśli uda mu się namieszać na tym polu, będzie to krok do sukcesu.

Chociaż nie miał pewności czy ten plan poskutkuje, bo widząc jak strażnicy ogradzają barierkami plac przed Pałacem miał wrażenie, że władza na czele z elektem boi się Obrońców. Czego zdecydowanie nie mógł powiedzieć o Pani Flamenco, prezydent miasta, według której cała akcja podsycana była przez opozycję. Moloch zatoczył się ze śmiechu.

– Gdybyśmy mieli współpracować z opozycją doszłoby do skandalu – zawył – nawet te dranie z pierwszego nieba, Czuwający, przestaliby nas uważać za godnych przeciwników. I co? Byłby koniec świata. Prawdziwy Armagedon. Wybuchy, zarazy, kataklizmy, spadające meteory. Świat wróciłby do ładu.

– A my do Otchłani – wtrącił Archibald.

Turystyka krzyżowa wzrastała. Lokale wokół Krakowskiego Przedmieścia czynne były całą dobę. W ciągu dnia miedzy barierkami przechadzał się mężczyzna rozprowadzający trąbki, z drugiej strony stała kobieta sprzedająca szczypki i baloniki dla dzieci. Ta strona Placu zamieniła się w galerię zdjęć i kwiatów, a co chwila dochodziły nowe. O świcie ktoś musiał tu posprzątać. Nocą do koczujących wychodził klerykalny i razem odmawiali różańce.

Moloch wskazał grupkę z transparentem „jest krzyż, jest impreza”. Ci nie wiedzieli po co tu przyszli, ale ludzi było dużo, więc zabrali ze sobą radio. Przed wieczorem im się znudzi. Nawet krwiożercze bestie zniknęły, został tylko jeden z kamerą. Przyniósł ze sobą krzesełko. Usiadł i znudzony obserwował ludzi. Nic się nie działo, żadnej zadymy. Negocjacje toczyły się na górze.

Moloch przyłączył się do grupki piszącej na tablicy wyzwiska pod hasłem Obrońców. Świetnie się bawił.

Archibald westchnął, nagle poczuł się bardzo nieszczęśliwy. To znaczy bardziej niż zwykle. Ludzie, pomyślał, ludzie nie potrzebują już szatana żeby mącił im w głowach, sami robią to znacznie lepiej…

*b_7_9374 (1)

            Sierpień 2010

           Archibal śledził kolejne relacje. relacja TVP Śledził też przebieg śledztwa. Nikt nic nie widział, nikt nic nie wie. Powołano jedną komisję, drugą. Mijały lata…

*

          Październik 2012

O dziwo to właśnie dziennikarz wpadł na mocny trop:

 Trotyl na wraku tupolewa

          Kilka dni później ten dziennikarz wyleciał z roboty.

*

Kwiecień 2017

Archibald jak co roku o tej porze wybrał się na Krakowskie Przedmieście w Warszawie. Z ciekawości, czy po siedmiu latach cokolwiek się tam zmieniło.

Krzyża od dawna nie było. Raz w miesiącu gromadzili się ludzie, ale nie było ich już aż tylu ile w tamtym czasie. Teraz spory toczyły się na salonach. Nieudolnie, bo

podjęto kilka karygodnych błędów już w dzień katastrofy.

Kilka dni przed rocznicą ogłoszono kontrmanifestację. Przeciwko czemu? Kodomici i Obywatele wypisali na swoich stronach szereg zasad, które prowokatorzy mają przestrzegać.

Szaleństwo.

Może Moloch miał rację. Kiedy naród niszczy sam siebie, dla nich nie zostaje wiele do roboty.


0 Komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *