Kara była całkowicie niesprawiedliwa. Ale co mieliśmy zrobić? Znaczy ja z Marchewą, nie    przypuszczaliśmy przecież, że Gabriel przyłapie nas na wykradaniu komiksów z piwnicy Korda. Kto przy zdrowych zmysłach mógłby w ogóle pomyśleć, że Kord pilnuje tych gazetek? Niektóry miały już blisko sześćdziesiąt lat! Starocie! Zresztą, Gabriel powiedział, że powinniśmy się kształcić, no i się nauczyliśmy. Zasada numer jeden: nigdy nie próbuj okraść złodzieja. Trudno, co było minęło, teraz ścieram wyimaginowany kurz z półek i zerkam ukradkiem na tego okrutnika, na tę złą, występną mendę, okupujący wygodny, skórzany fotel. Chyba mnie nie widzi, ale jak może ni widzieć, kiedy się patrzy? W zasadzie nie ma się czemu dziwić, pilnuje więźniów i trzeba mu przyznać, wykonuje zadanie nad podziw sumiennie. Potem pewnie podrepce do Gabriela i wyzna mu wszystkie nasze grzechy – moje i Marchewy, i znów będziemy się musieli tłumaczyć.

Patrzy się, kurde no, patrzy. Oczy mu błyszczą jak ślepia bazyliszka. Intensywne, niesamowicie przebiegłe. Tak przebiegłe oczęta widziałem raz u menela podstępnie wyłudzającego pięćdziesięciogroszówki. Raz poznałem mistrza karate. Polecał zawsze mieć te pięćdziesiąt groszy przy sobie. Ze wszystkich nauk jakich udzielał, zapamiętałem tę jedną, więc miałem i dawałem. Ale ten pies piekielny, ten bazyliszek, ta hiena, wampir szablozębny rozciągnął się w fotelu i siedzi, i się lampi. No i czego tak patrzysz, człowieku? Zrobiłem ci co? Może w poprzednim życiu byliśmy wrogami. A no może, może żyliśmy w Starożytnym Rzymie, albo walczyliśmy przeciwko sobie pod Troją? Ja byłem Ajaksem, on Hektorem. To by wiele wyjaśniało.

Wykrzywił gębę w ziewie i zobaczyłem rząd zębów, białych i ostrych jakby ostrzył je codziennie po śniadaniu. Pamiętam, oglądałem kiedyś taki film, kosmiczny był. Złapali wiewiórki, to chyba Chińczycy byli. Takie małe pigmeje, oczy skośne, włosy w warkoczyk związane, w łapie dzida, a może to pałka była? – Nieważne. I jak te gryzonie powiązali, przywlekli je do wioski, rozpalili rytualne ognisko. Nadziali te wiewiórki na pałki i piekli je nad tym ogniem. Wzruszająca scena, taka dramatyczna. Popłakałem się jak dziecko, a Marchewa płakał wraz ze mną.

Skryłem się za regał. Wątpię, żeby ten sęp próbował mnie złożyć w ofierze jakimś drugorzędnym bóstwom, ale wolę nie kusić losu. Wyjrzałem zza mebla, no jest, siedzi. Planuje coś, widzę przecież, mina niby znudzona, ale pod czachą przepływały niebezpieczne myśli. Normalnie menu główne układa. Zje mnie na śniadanko z chlebkiem i musztardą. A niech mu w gardle stanie.

Przydałaby się sól. Babcia Margareta zalecała w chwilach niebezpieczeństwa zasypać krąg z soli i odprawić egzorcyzmy. Soli nie ma – a kochana babunia mówiła, żeby nosić odrobinę w buteleczce, tak na wszelki wypadek. Tak to jest gdy się starszych nie słucha.

– Idzi!

Podskoczyłem wyrwany z rozmyślań nagłym okrzykiem. Odwróciłem się i na chwilę zapominając o moim prześladowcy warknąłem:

– Marchewa! Chamie jeden, łajzo smutna, chcesz bym na zawał zszedł, bydlaku?

Marchewa, mój przyjaciel, wyższy ode mnie o głowę. Włosy zapuścił do ramion; uważał pewnie, że w ten sposób skróci nieco swą monstrualną postać. Uchodziłby za Tarzana, ale brakowało mu wdzięku i finezji człowieka wychowanego w puszczy. Łajza jedna radziła sobie jedynie na portalach społecznościowych, a biegle znała tylko język HTML. Jego pokój wyglądał jak elektroniczna świątynia dumania, a bogiem w niej był mały biały apple. Obecnie zaś odbywał karę wraz ze mną.

– Skończyłeś już?

– W trakcie jestem – rzuciłem, wracając do przerwanego zajęcia.

– Kończ. Gabryś powiedział, że jeśli nie wyrobimy się do szesnastej, będziemy przez noc porządkować piwnicę.

Na samą myśl o spędzeniu nocy w piwnicy Korda przez me wiotkie ciałko przeszedł dreszcz. Co gorsza, perspektywa spędzenia nocy w Antykwariacie, w towarzystwie tej występnej mendy, która obserwowała mnie… teraz już nas, mnie i Marchewę, z fotela, nie należała do najprzyjemniejszych.

– Te Marchewa, przyjacielu, luknij czy ten cerber tam siedzi.

Marchewa wychylił się za regał.

– Siedzi – oznajmił. – Długo on tam? Ale nie nagrywał? Nie widział jak ja ten-teges tam…

– Tu siedział, nie ruszał się. Weź go jakoś zagadaj czy coś.

– Jak mam go niby zagadać?

– No nie wiem, weź idź mu coś obiecaj.

Może wtedy spuściłby trochę z tonu. Ale gdzie tam, ten wampir szablozębny marzył pewnie tylko o zatopieniu kłów w moich delikatnych, słodkich żyłach.

– Stój! – Wykrzyknął nagle Marchewa. – Nie ruszaj się.

Poczułem za sobą obecność. Zamarłem, oblał mnie zimny pot, krew odpłynęła z twarzy, tętno przyspieszyło. Zaraz coś zrobi, rzuci się na nas i dokonamy żywota. Chyba nie było jeszcze za późno na ostatnią modlitwę? W imię ojca i wuja…

 ***

Byron spojrzał z ukosa na tych dwóch wyglądających zza regału. Obserwował ich cały dzień, od rana jeszcze niczego nie zrobili. Mały Człowieczek wiercił się i chował za tą półką już dłuższy czas, a roboty mieli mnóstwo.

Podniósł się z wygodnego, skórzanego fotela, podreptał w ich kierunku. Przystanął. Machnął ogonem, fuknął znacząco i wyszedł, zostawiając ich samych sobie.


0 Komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *