Kto z nas nie pamięta czasów szkolnych, kiedy buntowaliśmy się przeciwko czytaniu Krzyżaków, Lalki czy Pana Tadeusza? Przerażała grubość, tematyka i stereotyp, że to przecież lektura jest. Tymczasem w jedną czy dwie noce pożeraliśmy pięciuset stronicowy tom Harrego Pottera. W czym leży problem? Może właśnie w nazwie? „Lektura szkolna” kojarzy się przecież z nudą, niezrozumieniem i oczywiście, znienawidzonym przez niektórych, omawianiem na lekcji. Test, charakterystyka bohatera, a w przypadku wiersza tradycyjne „co autor miał na myśli”.

Jak co roku, albo w czasie zmiany podstawy programowej, wraca temat czytania. Parę lekturydni temu, redaktor jednego z ogólnopolskich dzienników napisał, że licealista znowu będzie musiał przeczytać w ciągu roku aż siedem książek. W rzeczy samej: przytłaczające. Biorąc pod uwagę statystyki czytelnictwa w Polsce, wynik jest przerażający. Czy to oznacza, że w dobie internetu, nie mamy już czasu na czytanie nic oprócz wpisów na Facebooku?

Rozbrzmiała ożywiona dyskusja na temat tych siedmiu książek. Problem ten ma w rzeczywistości dwie strony medalu.

Po pierwsze, wspomniana już stereotypowość, że nudne, że niepotrzebne. Żeby uwypuklić problem przytoczę kilka wypowiedzi przypadkowych internautów, które pojawiły się na portalach społecznościowych:

„Redaktor nic złego nie napisał To jest 7 lektur.. 7 książek w roku które KAŻĄ na siłę czytać. Nie patrząc na to jak kto jest emocjonalnie gotowy na książkę. 7 książek to o 7 za dużo. Przez te 7 ludzie potem nie sięgają po literaturę bo się zniechęcają”

„ I tak ścisłowiec musi znać na pamięć Bogurodzicę, takie Wesele albo Lalkę, bo z tego mogą zapytać na maturze i jak nie zda to się może pożegnać z na przykład wymarzonymi studiami informatycznymi. Przestańmy dorosłych ludzi zmuszać do czytania bezsensownych książek. Bo nie wiem jaka nauka płynie z Granicy, która jest dla mnie najgorszą lekturą jaka była. Ja też czytam, ale lektur nie tykam. Streszczenia, napisanie sprawdzianu i poszło w niepamięć. I po co marnować czas? Bo tak trzeba niestety do matury”

Co prawda to prawda, „każą przeczytać”. Weźmy do tego jeszcze sytuację ucznia, który oprócz języka polskiego ma jeszcze inne przedmioty, na które też mu „każą przeczytać”, nauczyć się i opowiedzieć.

Problem dotyka nie tylko licealistów, ale jak ktoś słusznie zauważył, także studentów filologii. Kiedy studia były jeszcze pięcioletnie, student pierwszego roku polonistyki otrzymywał na wstępie listę stu pięćdziesięciu pozycji, które w ciągu roku (a dokładnie dziewięciu miesięcy) miał przeczytać do egzaminu. Po zmianie sytemu kształcenia na tzw. trzy plus dwa, sytuacja jest jeszcze tragiczniejsza, bo program studiów ściśnięty do trzech lat powoduje natłoczenie się epok literackich. I tak pierwszoroczny ma do przeczytania nie sto pięćdziesiąt a dwieście pozycji (z samej literatury) w ciągu roku. Ciekawe ilu z tych studentów faktycznie przeczytało te wszystkie pozycje. Ale mniejsza o to.

Po drugie, uważa się, że takie przymuszanie do czytania lektur, skutkuje niechęcią do sięgania po inne książki. Poniekąd może być to prawdą. Ale tutaj dużą rolę odgrywa sam nauczyciel. Prawdą jest, że w obecnych czasach, trudno jest zrozumieć dziewiętnastowieczną poezję czy prozę. Trudno, bo zmieniły się czasy i problemy społeczne. Zadaniem polonisty i historyka jest w jasny, a przede wszystkim ciekawy sposób przedstawić historię tak, aby uczeń zrozumiał o co takiemu Mickiewiczowi chodziło.

Gdyby więc np. lekcje polskiego i historii były zintegrowane czasowo, albo zanim uczeń przejdzie do lektury takich Dziadów, otrzymał wcześniej wstęp historyczny o Filomatach? Czy nie ciekawiej byłoby przystąpić do lektury mając w głowie legendę filomacką? A nie w trakcie zastanawiać się: „po co ten Konrad znalazł się w celi wileńskiego klasztoru? Przecież na rekolekcje się tam nie wybrał”.

Jeżeli natomiast chcemy odpowiedzieć na pytanie PO CO każą czytać te siedem książek?

A dlaczego Anglicy czytają Szekspira, dlaczego czytają Miltona? Co te nazwiska powiedzą współczesnym Brytyjczykom? Co powie Dante Włochom? Tołstoj Rosjanom?

Odpowiedź jest prosta. I można ją wytłumaczyć w ten sam sposób jak odpowiadając na pytanie: jak to możliwe, że państwo polskie, faktycznie nieistniejące pod zaborami, mogło się odrodzić? Podtrzymywanie języka, tradycji i kultury. Tożsamość narodowa, ot cała zagadka. A gdzie ją można znaleźć? Właśnie w tych znienawidzonych lekturach. To one oddają koloryt dawnych czasów, to one uczą nas o polskości; Prus o dziewiętnastowiecznej Warszawie, Sienkiewicz o powstaniu Chmielnickiego, Słowacki o słowiańszczyźnie. Bez wiedzy o tym, kim byśmy byli?

Odpowiadając na te i inne pytania, w spokoju oczekujemy kolejnej batalii o kanon.

Kategorie: Opinia

0 Komentarzy

Dodaj komentarz

Avatar placeholder

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *