Nie był to pamiętny śnieżny poniedziałek, kiedy autobusy w zasypanym mieście kursowały tylko dzięki pchającym je pasażerom. Nie był to listopad z tragiczną ilością deszczu. Była zima, sobota, 31 grudnia. Wczorajszy śnieg iskrzył się delikatnie w świetle latarń. Wydeptane chodniki już wcześniej poświęcono piaskiem i solą. Ostatnie samochody powolnym pędem zmierzały do celu. Mrozu wcale nie było; albo prawie wcale. Tylko niewielkie grupki podążały w kierunku Starego Miasta. Zżerany ciekawością, Archibald, podążył za nimi.

     Na placu było ich więcej. Zgromadzili się wokół sceny.

     Demon błądził oczami po ich twarzach, chcąc odgadnąć powód, dla którego tu przyszli. Widział uśmiechy, słyszał urywki rozmów, większość z nich dotyczyła nowinek na temat znajomych, rodziny, w skrajnych wypadkach pracy, w innym miejscu poniżających historii z dzieciństwa czy młodości. Nieco dalej, bliżej sukiennic, stały rodziny. Wszyscy oni spoglądali niespokojnie na zegarki, w myślach odliczając czas.

     Śmieszne. Był to jedyny dzień w roku, kiedy z taką niecierpliwością liczono minuty. Kobiety stroiły się w piękne suknie, mężczyźni przywdziewali nieskazitelne garnitury. Wszystko po to żeby spędzić tę jedną noc na dzikim tańcu, w przerwach pijąc alkohol, a rano wrócić do domu. Albo tak jak tutaj, na rynku, w mrozie, słuchać niegdysiejszych artystów.

     Z głośników ryknęło „dziesięć” i tłum solidarnie odliczał sekundy. Na „jeden” pyknęły korki szampanów, rozlano płyn do plastikowych kubeczków. Gdzieś zza ratusza coś zapiszczało, huknęło i niebo rozświetlił deszcz fajerwerków. Posypały się życzenia, ściskali się i stukali plastikiem. Niektórzy płakali.

flick

autor: theartfaccessories, platforma: Flicker

 

     Archibald przyglądał się tej scenie. Dla niego była to zwykła noc, niczym nie różniąca się od innych. Może za wyjątkiem tego huku i jaskrawych płomieni.

– Nowy rok – usłyszał za sobą aksamitny głos Iskrzyckiego.

     Diabeł z maską na twarzy, w jedwabnym garniturze i laską w ręku, stał wsparty o zimny mur kamienicy. Obserwował niebo.

– Jedyna noc, kiedy bez strachu spoglądam w górę.

– Nie widzę niczego specjalnego – odparł Archibald. – Gromada ludzi w bałwochwalczej radości czasu. Zazwyczaj się tak nie śpieszą, nie słyszałem, żeby odliczali godziny do końca świata.

 – Koniec świata jest końcem rzeczy. To stracona nadzieja. Słyszałeś życzenia?

– Zdrowie, pomyślność, pieniądze – wyliczał. – Praca, szkoła, znowu pomyślność i jeszcze więcej pieniędzy. Do czego zmierzasz, błaźnie?

– To nowy początek – rzekł Iskrzycki.

– Nie czuję różnicy – odparł Archibald tonem, który zdradzał irytację samym faktem nie rozumienia.

– I dobrze. Oni też nie widzą różnicy. Przychodzą tu co roku, żeby popatrzeć na sztuczne ognie, kilka samemu odpalić, na koniec podzielić się tradycyjną formułką i napojem z bąbelkami.

      Archibald przyglądał mu się w milczeniu. Iskrzycki miał rację, ludzie mieli nadzieję.
Po to się składa życzenia – dla nadziei. W życiu tych ludzi i tak nic się nie zmieni, a mimo to wymawiają zaklęcia – na wszelki wypadek.

Ludzie bawili się dalej. Diabeł wrócił do swoich obowiązków, pozostawiając Archibalda samego.

Ciekawe – zastanawiał się demon – jak długo wytrwają w swoich postanowieniach?

 


0 Komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *