Karczma Bida, niedaleko Lublina.

Boruta spędzał tu dnie, a czasem i noce, na rozmyślaniu jakich strategii można użyć w dwudziestym pierwszym wieku, żeby piekielny interes kręcił się dalej.

– Zbliżają się święta – Boruta rozparł się wygodnie na krześle. – Wiesz co to znaczy Rokiciu?

Rokita posłusznie milczał. Z doświadczenia wiedział, że Boruta lubi sam odpowiadać na swoje pytania.

– To znaczy, Rokiciu, że rozpoczynamy akcję „Szanuj zieleń”!

– Szefie, akcję „Szanuj zieleń”, prowadzimy w lecie, – odparł pokornie. – Czy szefowi nie chodzi przypadkiem o projekt „anielskie pióro”?

– Ach tak, racja, właśnie to powiedziałem. Tak „anielskie pióro”, zgadza się. Przypomnij szczegóły.

– Każdego roku wybieramy jednego człowieka…

– Dlaczego jednego? – przerwał Boruta.

– Środki finansowe pozwalają nam na zdobycie tylko jednego pióra – wyjaśnił. – Zabawa rozpoczyna się z chwilą, w której człowiek wypowiada życzenie. Następnie przechodzi ono przez klasyfikację. Nasi wkraczają dopiero kiedy uznamy, że jest odpowiednio…

– Dobrze, dobrze. Kto z naszych idzie tym razem?

DSC_0066.JPG

Archibald – demon z Tyszowiec „Śladami Singera 2016”

– Demon z Tyszowiec, Archibald.

– Ten sam, który spędził tam ostatnie sto lat?

– Ten sam. Asmodeusz pozwolił mu wrócić do Lublina. Jest w siódmym nieb… znaczy, jest zadowolony. Obiecał poprawę.

– Niechże idzie.

*

W Lublinie okres przed Bożym Narodzeniem zaczynał się zaraz po Wszystkich Świętych. Witryny sklepowe rozjaśniały kolorowe światełka. Wkrótce po nich latarnie na Krakowskim Przedmieściu rozbłysły w konfiguracjach śnieżynek.

Śnieg przyszedł dopiero z grudniem, jakby chciał obwieścić: ten miesiąc jest świętym czasem. Nie był, ani świętym, ani wystarczająco białym.

– Przeklęta zima – mruknął Archibald, stąpając ostrożnie po śliskim bruku.

Miło było wrócić do miasta. Obawiał się, że zostanie w Tyszowcach po kres swoich dni, a jednak otrzymał nowe rozkazy.

Lublin zmienił się przez ten czas. Powiedziałby nawet, że wypiękniał, gdyby nie ten śnieg, który powoli zmieniał się w błoto.

O tu, w tej kamienicy spędził najlepsze lata młodości.

To było tak dawno temu – pomyślał z rozżaleniem.

A tutaj, ku czci jego dobrego druha, restaurację nazwali „Czarcią Łapą”. Słyszał plotki, że trzymali też w muzeum stół z wypaloną łapą czarta.

Ach, to były czasy.

Za cel obrał sobie Antykwariat niejakiego Korda. Mieścił się on w kamienicy na Archidiakońskiej. Tej zaraz obok klasztoru.

Archibald słyszał różne plotki na temat księgarza jak i samego lokum. Raz w roku zdarzało się, że któryś z zakonników zapuszczał się do antykwariusza niby to z kolędą, a w rzeczywistości na coś mocniejszego. Kord nie miał nic przeciwko, bo jakkolwiek cyniczny, o filozofii i Bogu potrafił rozprawiać jak niejeden zaprawiony teolog. Szczególnie po piątym kieliszku.

Psy pańskie nawet nie przypuszczały jakiego demonicznego sąsiada mają. W swojej prywatnej bibliotece Kord, dla równowagi religijnej, gromadził książki okultystyczne i inne tomiszcza zbierające wiedzę na temat demonologii wszelkiego pokroju, łącznie z ludową. Traktował te księgi z należytą uwagą i kochał je miłością zazdrosną. Ale z zakonnikami żył raczej w przyjaźni, bo czego nie robi się dla świątobliwych sąsiadów? Mimo to, kiedy w połowie grudnia zaczęli stawiać szopkę i rozwiesili światełka wzdłuż ulicy Złotej, zaczynał mieć ich serdecznie dość.

Zbliżały się święta i antykwariusz czuł to podskórnie. Interes kręcił się w tym czasie lepiej, ale jemu wydawało się, że do Antykwariatu przychodzą coraz dziwniejsze typy. Rozglądają się po półkach, obmacują okładki i przestawiają starannie ułożone książki. Nie znosił ich tak samo jak nie znosił całego przedświątecznego zamieszania. Co roku obiecywał sobie, że grudzień spędzi gdzieś daleko, w Hiszpanii lub Australii, żeby tylko ominąć lubelską pogodę, korki na drogach i ludzi. I za każdym razem zostawał by dzień w dzień przeklinać lubelską pogodę, korki na drogach i ludzi.

Z tych i wielu innych powodów, nadawał się idealnie do projektu.

Archibald zakradł się ostrożnie pod kamienicę. Naciągną kapelusz nisko na oczy, poprawił przydługi płaszcz i pchnął drzwi.

– Otrzepie pan buty za drzwiami – usłyszał niski głos księgarza.

– Och? – drgnął. – A tak, tak, oczywiście.

Zrobił co mu kazano i wrócił z powrotem.

Wnętrze pachniało pomarańczą i goździkami. Regały stały wzdłuż pomieszczenia w dwóch równych rzędach, przepełnione rozmaitymi książkami.

Ciekawe, ile czasu zajmuje mu odkurzanie tego barachła –  zastanawiał się Archibald.

Przechadzał się między półkami, od czasu do czasu przystając nad interesującym tytułem. Brał książkę z półki, przerzucał kilka kartek, po czym odkładał na miejsce.

Kord czytał gazetę przy biurku, ale Archibald miał wrażenie, że tamten bacznie go obserwuje.

– Szuka pan czegoś konkretnego? – usłyszał w końcu niecierpliwe pytanie.

Upuścił trzymaną książkę i kiedy schylał się by ją podnieść, czuł na sobie gniewne spojrzenie.

– O, nie. Tak tylko przeglądam.

W końcu wybrał cienki tomik „Sezonu w piekle” Rimbauda i podszedł do lady.

– Znakomity wybór – pochwalił Kord i dodał – Bardzo świątecznie.

Archibald uśmiechnął się.

– Czy wierzy pan w przeznaczenie? – spytał.

– Wierzę, że książki wybierają czytelników – odparł antykwariusz. – Niektóre czekają bardzo długo na właściwą osobę.

Demon pokiwał głową.

– Mam dla pana prezent – oznajmił. Wydobył z kieszeni płaszcza kopertę i podał ją antykwariuszowi. – To jest bardzo cenna rzecz. Zdobycie jej kosztowało mnie mnóstwo trudu i klejnotów.

Księgarz zajrzał do środka.

– Ptasie pióro? – spytał z politowaniem.

– Ależ nie! To anielskie pióro – wyjaśnił demon. – Dokładnie takie zdarza się raz na dwieście sześćdziesiąt siedem lat. Zostało w nim mocy tylko na jedno życzenie. Proszę je wziąć. No proszę. Jedno życzenie. Do widzenia.

*

Czekał cierpliwie przez kilka dni. Po tygodniu cierpliwość się wyczerpała i Archibald zaczął obgryzać paznokcie.

Siedział. Kord nic nie robił tylko siedział w tym Antykwariacie i czytał książki. Żeby tego było mało, używał pióra jako zakładki!

Archibald pomyślał ile faktycznie kosztowało go  zdobycie tego medium i pocił się ze strachu. Aniołowie to parszywe bestie, najpierw biją, potem zadają pytania. I nie ważne z czyjego rozkazu i w jakim celu ktoś potrzebuje ich piór. Nie i kropka. Zawszone łajdaki.

Wpadł na inny pomysł. Skoczył na Złotą po kostium, mocno czerwony,
z wystarczająco białym futerkiem i workiem odpowiednich rozmiarów. I tak ubrany wyszedł na ulicę. Poczuł się jak pajac w przebraniu krasnala, ale czego nie robi się dla sprawy.

Krążył po zaułkach Starego Miasta, rozdając dzieciom, zakupione w sklepie na rogu, cukierki.

Małe potwory, skąd oni je biorą? – powtarzał w myślach, wykrzywiając wargi
w uśmiechu.

Podreptał na Archidiakońską. Zaczaił się w widocznym miejscu. Odchrząknął.

– HO-HO-HO – zaintonował.

Nic się nie stało. Powtórzył raz jeszcze ale głośniej. I nic. Dopiero za trzecim razem okno Antykwariatu otworzyło się i ukazała się w nim postać Korda.

– Ej, Mikołaj! Cho no tu – zawołał księgarz.

Archibald pospieszył radośnie do środka.

– Masz worek?

Kord chwycił wyciągnięty przedmiot. Wysypał na biurko pozostałe cukierki i odrzucił worek demonowi.

– Pakuj te książki – wskazał pokaźny stosik.

Archibald chciał protestować, jednak przypomniał sobie minę Rokity, kiedy ten mówił: „jeśli nawali wracasz do Tyszowiec”. A to była ostatnia rzecz jakiej demon pragnął. Po robocie w tamtej miejscowości obiecywano mu przeniesienie do Warszawy, Odessy. Miast, w których ludzie tak grzeszą, że nie trzeba nawet palcem kiwnąć. Mógłby spać dwadzieścia cztery godziny na dobę. Teraz chciał tylko zostać w Lublinie.

Spakował posłusznie woluminy.

– Wiesz gdzie jest CW. Pójdziesz tam.

– CW? – powtórzył.

– Centrum Wolontariatu. Mają tam jasełka z dzieciakami. Pójdziesz i przekażesz im prezenty. I wyprostuj się. Co z ciebie za Mikołaj? Czapka krzywa, ledwo ci się broda trzyma. Weź się ogarnij. Idź już. Jak się pospieszysz, zdążysz przed siedemnastą.

Co miał zrobić? Naciągnął czapkę na oczy, ugładził brodę, zarzucił worek na plecy i poszedł.

*

Szklanka zdawała się nie mieć dna. Mógłby winić za to barmana, który posłusznie dolewał brunatnego płynu. Ale wolał myśleć, że wciąż pije tego samego pierwszego drinka. Tak było bezpieczniej. Udawać. W tym był dobry, w udawaniu.

Archibald pociągnął łyk. Alkohol palił mu gardło, ale pił dalej. Zawzięcie.

Czuł wokół przygnębiającą atmosferę radości. Z trudem uwolnił się z objęć maluchów. Każde brał na kolana, wysłuchiwał życzeń i wyciągał z worka książkę. Kurcze, mógł zabrać te cukierki z Antykwariatu, ale Kord ponaglał go tak bardzo, że o nich zapomniał.

Czas zwolnił. Zwalniał od rana, a teraz wydawało się, że wskazówki stanęły w miejscu.

Lokal był prawie pusty. Tylko przy stoliku w kącie siedziała para niszowych artystów.

W drodze na Stare Miasto zaczepiali go ludzi i opowiadali swoje żale.

Miał wrażenie, że nasłuchał się tylu przykrych historii, że jego własna porażka przy nich była jak dym na wietrze. Ktoś mu opowiedział o tym, jak to latem rzucił pracę; i dobrze, była zbyt stresująca, a kasy z tego i tak nie było. Ktoś inny przekonywał go, że ludzie faktycznie kłamią – jak głosił sławny filozof Greg House. Ktoś inny chciał zostać pisarzem, ale wydawnictwo odrzuciło jego prace i teraz zamiatał chodniki. Mógłby spokojnie uznać dwutysięczny szesnasty rokiem porażek. A jeszcze kiedy dowiedział się, że będą wycinać baobab na Placu Litewskim pomyślał, że to już kres wszystkiego.

Jak wiele można znieść, nim skończy się czas? – pytał sam siebie. – Jak wiele?

Nie zauważył kiedy weszła. Oparta się o blat i z założonymi rękami wpatrywała w niego z politowaniem. Zabawne, że ze wszystkich osób właśnie ona przyszła.

– Wiedźmo. Miło cię spotkać w tej dziurze. Kopę lat. Jeśli przylazłaś, żeby powiedzieć, żebym przestał, możesz wracać.

– He, literat – odparła drwiąco i zamówiła szklankę dla siebie.

Spojrzał na nią. Była tak samo rozżalona jak on i tak samo nienawiedziła świąt.

– Wymyśliłam kiedyś człowieka – zaczęła. – Sprawiłam, że uwierzył, że jest w stanie przeżyć życie po swojemu. Ubzdurał sobie, że przeznaczenie nie istnieje i gorąco chciał w to wierzyć. Był to człowiek zimny, wyzuty z wszelkich uczuć. Nie miał on marzeń, a jedynie cele. Wyznaczały one kolejne momenty jego życia. Uznał, że ludzie nie są mu potrzebni, a jeśli nawet to tylko by osiągnąć cel. I było mu z tym dobrze. Myślał, że było. Uporczywie odsuwał od siebie wszelkie relacje, wszelkie ludzkie odruchy. I to wystarczyło. Było mu z tym dobrze.

– Po co mi to mówisz?

– Gdybym mogła wrócić do tamtego momentu, nigdy nie wymyśliłabym tego człowieka.

*

Wrócił na Archidiakońską późno w nocy.

Przez okno obserwował jak Kord wyciąga ze strychu stare pudła. Zakurzone lampki choinkowe. Jeszcze działały. Spojrzał na nie z wyrzutem.

Ukradkiem zakradł się do środka. Wyjął z szuflady pióro.

To był zły pomysł – pomyślał. Ten człowiek ma wszystko czego mu potrzeba.


0 Komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *